Musée National Picasso

14 | 01 | 17 PARIS, Musée National Picasso, Picasso-Giacometti!

Les partiels (egzaminy) już za mną. Świętuję tydzień wolnego, łażąc po mieście i muzeach, kontempluję własne lenistwo.

Le Marais. Cudnie. Wąskie uliczki. Żeby przejść rozpycham się w tłumie ludzi łokciami, czasem ja wypchnę kogoś na ulicę, czasem ktoś mnie. Nic wielkiego. Tutaj zasady ruchu drogowego to samowolka i klakson. Nie mieszkam już w głębi Neuilly na parterze, musiałam się przeprowadzić. Dziś moje okno wychodzi na sporą ulicę i budzona jestem słoneczkiem i klaksonięciami. Muzyka Paryża to klaksony mini couperów. Zdążyłam się już nauczyć, że gdy trąbią nie dzieje się nic specjalnego. Nie trzeba się bać. Co więcej, można rebelsko kontynuować trasę środkiem ulicy. Trąbią, bo to ich styl. Styl à la française.

(oczywiście poetyzuję, jak wszędzie, są brzydcy ludzie w brzydkich samochodach, którzy znają zasady ruchu drogowego, wkurzający się na swawolnych debili)

Maraton dygresji jednak już kończę i wracam do ciasnych chodników i ciasnych uliczek.
Le Marais więc.
Jest tu ciekawy streetart, ciekawe witryny. Są ciekawe modne sklepiki dla bogatej młodzieży oraz ciekawe vintage shopy dla rozmarzonych clochardstyle maniaków.
Idę sobie, przepycham się, znajduję trochę ciszy, ostatecznie, w bocznych uliczkach. Zachwycam się przy okazji, że wiem coś o architekturze. Bo się uczyłam (imaginacja moja pozwala mi właśnie usłyszeć oklaski czytelników). Hôtels particuliers, kiedyś kamienice wielmożnych szlachciców, wysoko postawionych osobowości, dziś w większości muzea lub siedziby instytucji państwowych. Muzeum Picassa to wcześniej Hôtel Salé, wybudowany w XVII wieku, dopiero od 1985 reprezentuje Pabla. Dwupiętrowy, fasada mało dekoracyjna (jak na XVII wiek).
Wchodzę do muzeum. Mam przed sobą dwanaście sal.
1930 pierwsze spotkanie. Picasso, o dwadzieścia lat starszy i Giacometti, o dwadzieścia lat młodszy (ach, czasem bywam logiczna). No i sobie czegoś poszukują. Formalnie i nieformalnie. Niechcący trochę, trochę specjalnie, obrazy i rzeźby – dialog. Relacja przyjacielska rodzi ekspresję. Nową ikonografię.

Tematyczno-chronologicznie prowadzona przez salę, tuptam sobie z zeszytem. Zapisuję. Inspiracja Rodin’em, niewierność rzeczywistości, oddalenie od mimetyzmu, rzeźbienie w gipsie lub brązie. Podglądanie ojców w atelier. Artystycznie wychowywane dzieci, Alberto i Pablo. Dorastająca przyszła bohema paryska.
Idę dalej. Zaintrygowani zbiorami Luwru, Muzeum Etnograficznego na Trocadero, odkrywali soczystość i sens w prymitywnych sztukach Afryki i Oceanii. Reinterpretowali Antyk, materializowali dzikie wizje w totemach, w drewnie, w stelach, w gipsie.
Następna sala, Tanatos. Oswajanie wanitatywności.
Próby uchwycenia doczesności malarsko-rzeźbiarskiej poprzez banalizowanie ludzkiego ciała na przestrzeni płótna lub w gipsie. Ciało-obiekt. Już nic, tylko czaszka, nic więcej, tylko ludzki szkielet.
Ale czuwała nad nimi i miłość. Drżały pożądania seksualne. Organiczności ciał, topione w jędrności barw, chwytane pędzlem, deformowane. Instynkty, pocałunki. Dialektyka miłosna. Ils cherchaient à saisir la vérité d’une muse.
Picasso namiętnie poszukiwał prawdy w kobietach. Jedna z muz, kochanka Pabla i przyjaciółka (zdaje się, że nieseksualna) Giacomettiego, Dora Maar, musiała być ekscytująco pociągająca. Jej portrety eksplodują od kolorów. Są fantastyczne. Są elektryzujące. Buchają miłosnymi sprzecznościami.
I jakkolwiek antymimetyczni w swoim kubizmie lub surrealizmie nie byliby, po drugiej wojnie światowej powrócili do realizmu, który charakteryzował początki ich twórczości.
Przedstawienia zwierząt, pejzaże, martwa natura.

I na realizmie koniec. Dotarłam do końca wystawy.
Pochłonięta i estetycznie zassana podreptałam do sklepiku z pamiątkami. Tym razem wyjście nie było z nim połączone (jak u Banksy’ego) a jednak i tak nie mogłam nie ulec pokusie zakupoholizmu pocztówkowego. Ostatecznie kupiłam kalendarz i w domu wycięłam obrazy Picassa.
Oblepiłam nimi zeszyt. Napisałam też list do koleżanki, taki staroświecki, w kopercie, ze znaczkiem. Chyba chciałam ulec tej pięknej tradycji dwudziestowiecznej bohemy.

Bo oni wymieniali się szkicami, dodawali adnotacje, zostawali sobie dopiski. Lubię szkice. Lubię jakieś małe odniesienia. Dużo znaczą.

Zuzanna Wesolowska

musee-picasso

admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *