Latarnie – Tomik, Mateusz Bednarz

LATARNIE

Dla jasności pod nimi najciemniej
Dla ścisłości pod nimi najwzględniej
Światło odbite w kałuży przyświeca
Oko podbite mruży przy świecach

Powieki dmuchane jak wargi ulic
Sinieją od przesytu gamy barw
Chcąc zatargi przytulić
Murują ceglany domek z kart

Chcąc nie chcą
oko cykolonu z węchem wespół
Chcą nie chcąc
spisują punkty manifestu

Ćmią mi latarnie papierosem
Ćmią cygara nad ich losem
Ćmą być, odlecieć
Śniąc o ich świecie

Gdy gasną przed telerankiem
zanim ten zgaśnie przed stanem
Gdy zasną tuż przed porankiem
wszystko jest już pooświetlane

ŻĄDZE

Moje życie, żądze
Moje życie – rządzę
Moje życie, pieniądze
Nie sądze, że błądzę

CZEŚĆ

Wargi mam zespawane ze sobą nawzajem
Muszę was,
muszę przywitać zwyczajem
Muszę chcieć zagadać o pogodzie chociażby
Muszę mieć werwę, gdyby ktoś patrzył

Przykleiłem uśmiech z gazety przed wyjściem
tuż
Widać w nim trochę tandety gdy rozmazuje się tusz
Ale to nic, nie dam po sobie poznać
że coś gryzie od środka
moją Postać
NIE NIE NIE

Jestem pozytywnie zakręcony
Zapętlony jak taśma kasety
BZDETY
BZDETY
BZDETY
Kodeks nowego człowieka znam w całości
Nikt nie czeka, lecz biega w uszczypliwości

na bilbordach BZDETY
na koszulkach BZDETY
na chodnikach BZDETY
na twarzach BZDETY

i jak mam im mówić: „cześć”
wolę pysk stulić

WIESZ?

GNIJĘ

Gniję, skórę porasta pleśń
To moja ostatnia pieśń
Na moją cześć
To moja ostatnia wieść
I jej pierwsza część

Trzymam się rozkładu jak ZTM
Nie ma w tym ładu i dobrze wiem
Pełno jadu choć nie ma mnie, nie żyję – zgniłem
Ze starości przykleiłem się do sofy
A z zazdrości straciłem wszystkie soki
Dla ścisłości również strofy
Więcej wilgotności i temperatur skoki
Mech porasta myśli kosmate
Dech zapiera swoim klimatem
Jeszcze biotop czy już biosfera?
Zgniłem nie po to żeby się martwić teraz
Oko wyziera z jamy
nie jedno
Oko pożera ściany
na pewno
Funkcji życiowych brak
To znaczy TAK

Gniję, pleśń leży mi na wątrobie
Płucu i nerce
Mi nie zeskrobie nikt więcej
Nie naskrobię
Nic wierszem

Mózgowa zmurszała kora
Pamięć mięśniowa zapomniała morał
Spustoszenie w ciele, wielbiciele zgnilizny
Bakterie, ich nosiciele i ich artysty

Blizny zjadły mi sny artysty

Rozbłysły światłem od łun odbitym księżyca
!Hieny cmentarzysk
Rozbłysły księżycem od świateł odbitym łun
!Cmentarzyska hien
Ja cały odbity, odleżyn tłum
Faktycznie mi się należy
ból

Faktycznie mi się należy grób
Zabieram się do pracy
Każdą myślą kopię dół
Nie martwcie się rodacy
umieram już

LIT

Są tu
zajmują przestrzeń
Są tu
będą wiecznie
Są tu
żaden nie pierzchnie
Są tu
żadnym nie jestem

Dokładnie tam i tu
Wśród nas i poza
Dokładnie tu i tam
Wśrod poza i nas

Świadomość koryguje Lit
Nie ma ich i nikt
Nie ma ich i nic
Jakby sam – mniemam
Że mnie mam
Ale nie mam
już bo
Na codzień cukierki
trudno
Na co? Wiem udręki
Od ręki do ręki gdy
kupno

Abnegat na lekach
A biegam w aptekach
I widzę świat jakbym go mijał z boku
Kolory bloków od brokuł
Chyba nadgryzę
Jestem najbliżej
i słyszę

Są tu
Dokładnie tu
i tu tu tu tu
i tam tam tam tam
Obróć się JA
Zanim staną się jednym z nas

SIŁOWNIA

Siłuje swój umysł
Poci się jedyny mój mięsień
Więcej serii i powtórzeń
Więcej dołów, ku górze
Ciało jest wątłe
Zgubiłem wątek,
zgubiłem porządek
Ciało się plącze
Pod nogami rozsądek
Między nogami początek
Między nami, nie sądzę
Jak dynamit na bombie
Tak tyram i ten problem
rozwiązuje jak sznurówkę
Zjadam surówę z własnych wniosków
Zrzucam główkę ze stu mostów
zdejmuję czaszkę to jażmo
Nagą potylicą jest łatwo zasnąć
łatwo zgasnąć idąc w miasto
Bez kręgosłupa, o wiele przyjemniej
Nie słuchać i trawić przyziemne
wykwity niewyobraźni
podpity bez bojaźni

Szarym komórkom holokaust
Pod kurtką, nie na pokaz
Podwórko jest na blokach
Chodź córko po brokat,
z myśli ekstrakt
Nieekstra, nie beksa
Nie przestań, nie wiesz jak?

Córko:
zwyrodnialca co zabija nienarodzone myśli
starca co zapomina powstałe myśli
od marca do marca zabija wszystkie swoje dzieci

Córko:
ciebie czeka to też
zanim słońce zaświeci
zanim popada deszcz
wyjdzie ze mnie zwierz

KIM

Jestem kim to pytanie
w wierszach stawiane
A odpowiedź? Czekanie
A spowiedź? Nie dla mnie

.nie chce nic stąd kropka
.nie chce pić jak cnotka
.nie chce iść na wrotkach
Lecz chce dziś w otchłań

Nie dosyć, nie starczy
za sekundę złapie uwiąd starczy
Od przesytu euforii
do niedoboru kalorii

Ja to wróg mego ciała
Ja to ruch widziany z dala
z bliska będący spoczynkiem
ściskam niechcący swą minkę
Szminkę mam w planach
Potem wóda, znów xanax
I się od siebie oddalam
Nie widzę szeptów
Nie słyszę gestów
Współlokator coś odwinie
się wstydzę za to, lecz popłynę
Kalkulator puszczę z dymem
Przestaję liczyć już na siebie

Wole na innych, choć winny
nie jest nikt i są wszyscy.

ŁKANIE

Co to za talent – egzaltowanie?
Co to za talent – samopodpalanie?
I wreszcie – łkanie?
Po kątach, nie na zawołanie
Posprzątać lepiej mieszkanie
Konstruktywnie zajmij się czymś konstruktywnym
Pozytywnie pozytywnym
Co napędza, a nie zwalnia
Jesteś tylko Syzyfem, a życie to głaz
I gdy wtaczasz go nie chcesz by spadł
Nie chcesz spaść,
chyba?
tak gdybam, że tak bywa

W twoich łzach odbija się sukces
lecz NIE twój bynajmniej
W twoich łzach odbija się sukces
lecz NIE twój bynajmniej

Nie pozwól by było to mantrą
Nie pozwól, nie warto
brzmię jak rasowy personalny trener
nie chcę i nie powinienem brzmieć jak

Więc tak:
Chcesz to płacz
Chcesz z mostu snów skacz
w obięcia morskiej toni
Nikt łzy nie uroni
Każdy zapomni, żyć będą dalej
Twoja rodzina, znajomi
Ty w worku foliowym szalej

Śpij słodko aniołku w trumnie
Nikogo nie obchodzisz szczególnie

JA WISŁA

Ja wisła
Ty płyń z nurtem rzeki
Ja wisła
Ty wlej we mnie ścieki
Ja wisła, ja wisła jak mnie słyszysz?

J23
zanurz się w mojej głębi
Mojej toni, otchłani, czeluści
W katatoni jak rozpustnik
Zatop się po uszy
po nozdrza
W mokrej głuszy
pomocna
jest kąpiel w wodorostach
Spadnij jak wodospad
Do dna i kilometrów mułu
Do dna i kilometrów bólu
Bez skrupułów

Ja wisła
Wy płyńcie z nurtem
Ja wisła
Wypłyńcie z nurtem
Ja wisła
Wlewajcie hurtem
w tą przystań

J24
i każdy kolejny
w Mojej toni, otchłani, czeluści
jak kartonik się rozpuści

PRZYSTAŃ

Na horyzonice ląd
Prowadzi prąd, prosto w port
W obięcia zatoki
Zanim zatopi
Nasze zwłoki nurt życia wartki
Słowem: zanim nas zmartwi
Stan rzeczy i my umarli
Sam przepych jest nic nie wart i
Latarnia wyznacza ciepłą przystań
Nie ważne gdzie kto – przystań
Na moment choć
Spójrz dookoła, nie w tafli odbiciu
widok inny zgołą, rysy ma na obliczu
Rysy na szkle mówią więcej niż te, które rumienią lico
Cuma ląduje w wodzie
w szyderczym tańcu z kotwicą
Jedyny łańcuch oplątuje ster
Jesteśmy zdani na syren żer

METRUM

Kochanie istnieje czy?
złudzenie i
Może stary kawaler nie odpowiada
On milczy krzykiem swych myśli
Mdlą go mydliny, nieodpowiada
Rozszarpuje mu język Grizzly
nadal
Zgryźliwy – wada nie zaleta
Być sobą być sobą sobą sobą być
Uczuć nie pchać na przetarg
Sobą być by każda kobieta
Coś więcej niż zlepek manier
Dostrzegła
Z humorów sporządza danie
I przegrać
Nie chciał, bo przez żołądek do osierdzia Przez początek się przytwierdza Mylnego wrażenia całun
Po mału
Po maluj
Wszystko wokół was
Po daruj
Po całuj
Zatrzymaj w zegarach czas
Niech wypłyną jak rtęć
Ich wnętrza
Niech uchwycą was serie zdjęć
Nie przestań

i tańcz

Tańcz, tańcz pośród cumulusów
W zawrotnym tempie 3/4 metrum
Ty, Twoje życie i jego epicentrum
Dziś, wczoraj,
jutro w przededniu

ODURZANIE

Odurza mnie
Odurzanie
Oburza mnie
O burza nie

Nie wzrusza też
Się zmuszam wieźć
Na inny kosmos mikro
Naiwny, prosto zniknąć
Bez igły ciągnąć z nitką
Pętelki łączone w mętną zażyłość
Bąbelki spienione jakbym zażył coś
Odkurzanie starych półek
Odkładanie nowych – przytułek
Chustkę haftowaną przytulę
Bluzkę z żadną lalą w ogóle
Zażyłość w strzępkach kłębków
Zdażyło się w przededniu
Byłem tulipanem pośród chryzantem
Talizmanem pośród tych anten
Pozrywane, a gdzie tandem
Konglomerat monocykli
On to nie raz, ponoć wyśnił
On to ja i vice versa
On to ja, nie szydzę jest tak

ZBIEG

Może to okoliczności
że mijamy się niby
Nie patrząc w oczy przeszłości
że mijamy się i wy
I my
Jestem zbiegiem
chowam wzrok w brukowe kostki
Jesteś szpiegiem
Depczesz mi ustami po plecach
Niech zakończy się bieg, TEN co pożar roznieca
wśród zamarźniętych zabudowń
List gończy na setkę – Boże uchowaj
Maratoński sprint spopiela opuszki
Chciałbym dziś zajrzeć pod poduszki
nie znaleźć tam Ciebie

Jestem zbiegiem
A okoliczności sprowadzają nas na kolizyjny kurs
Ty wciąż gonisz, a ja już
Zmieniam tożsamość co rano, to samo co rano, jestem gdzie indziej
Nie w windzie
wybieram schody
z dachu spadochrony
Nie wyjdzie
skończ podchody
jak falochrony

Rozbijasz moje fale
i wcale
doskonale

Odmierzam cale do śmierci
wykuwam w skale by święcić
rozstanie.

SZUKA NIE?

Nie daj Bóg osiągnę wszystko
Przez trud szybki wyskok
Spełnienie marzeń to drogi epilog
Się nie odważę, nie żyć tą chwilą
Nie życz miłość, mi nie miła sprawa
Nie życzliwość wywołuje zawał
Która z prawd to kłamstwo?

nie mogę zasnąć

Szukam Szukam

tracimy ważność

Szukam szukam

moja nieważkość
głaszcze świadomość
obejmuje materię stałą niewiadomą

Szukam i w szukaniu trwam
minie poszukiwań czar
Gdy znajdę sens, cel i środek
Serce jeszcze młode
Wiecznie widzę kodem
Ja Imchotep

Nie zamki z piasku lecz piramidy
Nie znany zastój oczu Temidy

Nadgryza mnie ząb czasu wzdłuż osi xy
Pył gwiezdny spopiela włos i przywykłem

Rzeczywistość filtruje trzuska z wątrobą
Oraz encyklopedia pusta, która leżała obok

MNIE

Mateusz Bednarz

źródło - http://www.tvp.pl/kultura/propozycje/niedziela-zestanislawa-celinska-krajobraz-po-bitwie/13656614
źródło fotografii- http://www.tvp.pl/kultura/propozycje/niedziela-zestanislawa-celinska-krajobraz-po-bitwie/13656614

admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *