Dom, nie-dom

 

Dziwne uczucie- być gościem we własnym domu. Wracasz do miejsca, w którym spędziłeś całe życie. Ale to tak jakby nie jest już Twój dom. Co gorsza, miejsce, w którym teraz mieszkasz też nie jest TWOIM domem. Przecież to tylko wynajęte mieszkanie. Nie lubię mówić ‚wracam do domu’ gdy wracam do tego wynajętego mieszkania. Nie lubię mówić ‚wracam do domu’ gdy przyjeżdżam na weekend do rodziców. To taki etap przechodni. Czuję się tak jakbym zgubiła swoje miejsce na świecie. Bycie gościem we własnym domu. Przyjeżdżam z ledwo wypełnioną walizką, z której nawet nie wyciągam rzeczy, bo i tak za 2 dni będę się pakować. Mój pokój. Niby mój, ale jakiś taki mało MÓJ. Puste szafy, wszystko wymiecione z szuflad. I gdyby nie kilka starych pluszaków i kaktusy, które nie zmieściły się do samochodu podczas przeprowadzki, mogłabym zapomnieć, że spędziłam tu całe swoje życie.

Gdy jestem w Warszawie, zapominam o moim ‚dawnym’ życiu. Jest to banalne, ponieważ wszystkie najbliższe mi osoby zostawiłam w Poznaniu. Tutaj stworzyłam sobie nową przestrzeń, do której oni nie mają dostępu. Tutaj budzę się każdego ranka. Tutaj żyję, studiuję, pracuję, tworzę. Jeżdżę czerwono-żółtymi autobusami bądź metrem. I na kilka tygodni odcinam się od przeszłości. Dziwne, ale tak jakby 19 lat mojego życia zostało wymazane.
A potem ‚wracam do domu’. Wychodzę z pociągu. I co widzę? Autobusy stają się zielono-żółte, budynki jakieś takie niskie. Miasto w czwartek wyludnione. I nagle to jest moja przestrzeń. Warszawa jest tylko odległym snem. Jednym z tych, z których wybudzasz się i nie wiesz czy to stało się naprawdę. I na 3 dni prawdą być przestaje. Ponownie spotykam się z tymi samymi ludźmi i zachowujemy się tak, jakbyśmy widzieli się nie miesiąc temu, a wczoraj, ponownie śmieję się z tych samych historii, upijam się w parku przy starej szkole. Ponownie palę grube Marlboro. Ponownie w głowie pojawiają się dawne demony, o których zdążyłam 9 razy zapomnieć. I najważniejsze. Ponownie zatrzymuję się w miejscu.

W Warszawie tęsknię za tym wszystkim, za stabilnością życia, za wygodą. Lecz w Poznaniu zdaję sobie sprawę z tego, że nie żałuję i nigdy nie będę. Wsiadam w zielono-żółty autobus, jadę na dworzec, a po trzech godzinach wychodzę, kupuję cienkie L&M, wybieram czerwono-żółty autobus. I jestem szczęśliwa, bo wróciłam do domu.

 

admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *